Fitback – Day 4 “zgroza”

November 3, 2010 – 3:58 am dodał: Arvind Juneja


generalnie nie było aż tak źle, jak mi się wydawało…całe szczęście mnie pilnujecie :) A to utwór który trwał w momencie opisywanej tu historii z tej nocki :

Plan na dzisiejszy bieg był prosty. Zamiast biec w lewo, pobiegnę w prawo a potem zrobię “kółko”… ku memu zdziwieniu jednak, okazało się, że latarnie “kończą się” wcześniej niż mi się wydawało.. i wcale nie jest tak, że tam dalej to w końcu trafię prosto na drogę .. bo po drodze jest rów. No ale nic, nie można się przejmować za bardzo .. biegnę dalej, odpaliłem w telefonie Phone Torch co jak się potem okazało było równie zbawienne co .. nie. ;)

a więc biegnę, tak na oko w okolicach drugiego kilometra przebiegłem obok boiska a potem ciemną drogą aż przez drogę przy cmentarną… i jest wiecie, ciemno dość. Po lewej widzę znicze, z przodu mgłę – tak, mgła dziś była epicka, od podłoża po gwiazdy, o ile były jakieś… akurat leciał ten utwór który słyszycie, całkiem nostalgicznie mi się zrobiło, tu cmentarz tu droga.. nic nie widać.. i jak tak sobie beztrosko biegłem przed siebie zorientowałem się, że mam dwa cienie…

odwracam się, a że trzymam w ręku telefon robiący za latarkę oświetlam sobie “ziemię” za mną.. a tu bestia.. zęby, ogromne otwarte oczy i skacze w moim kierunku.. widziałem dokładnie bo oświeciłem jej pysk i wystawione kły telefonem… oniemiałem …

generalnie moment bardzo dziwny, chciałem drgnąć że “o ja” a zachowałem się na zasadzie “o, piecho”. No i słusznie bo ową bestią okazała się moja psina :) Nie tylko Wy mnie pilnujecie :)

I tak sobie z tą psiną biegłem jeszcze kawałek. Chciałem bardzo zamknąc 3km w 25 minutach i jak już mi się udało chciałem psiuni strzelić pamiątkową fotkę .. i telefon się zawiesił i zrestartował. Ot i powód dla którego wynik mi się dziś podzielił na dwie części.

Ostatecznie

  • Zrobiłem dziś sporo ponad 4km.
    • http://www.endomondo.com/workouts/3883492
    • http://www.endomondo.com/workouts/3883755
  • W sumie od początku FitBacku zrobiłem już 15.69 km
  • A mój FitBack fanpage obserwuje 13 osób! :) Dzięki!

A tak wyglądała trasa “w połączeniu” :

Fitback – day 3 “Morale”.

November 2, 2010 – 4:09 am dodał: Arvind Juneja


jest późno, nawet jak na mnie, późno.. nie na normalne, pracowite życie.. jest późno na wychodzenie na dwór, na zimno.. i jeszcze męczenie się.. z własnej woli…

siadam z lapkiem, jest ja wiem, 2? i tak sobie siedzę, czytam jakiś flame na goldenline, rozmawiam z Leszkiem (z prawej w sidebarze) i tak patrzę jak czas leci.. a przecież plan jest i jak wół jest w nim zawarte “Codzienne bieganie”… mija godzina, ja już pod kołdrą.. rly.. no ale nic, obiecałem sobie.. tak łatwo zasnąć i udawać że przecież, nei miałem sił.. problem w tym, że te siły zawsze są… a że sam siebie nie oszukam.. wyszedłem.

I tak jest drugi dzień, wczoraj było podobnie.. zmęczenie, zakwasy itd. sprawiają, że się odechciewa.. a przecież to takie fajne i daje takie niesamowite wyniki! Trzeba więc coś zrobić, żeby z każdym dniem było coraz fajniej, a nie ciężej.

Teoretycznie, mógłbym po prostu ustalić, że nie biegam codziennie. Ale akurat ta codzienność jest wg. mnie crucial do tego by plan miał sens i był utrzymywany.. Mogę więc np. zrobić spacerek zamiast biegu.. naaah..

Wyszedłem więc bez planu, gps złapał fix’a (tj. znalazł satelity które mogły zacząć mnie namierzać) dość szybko więc od pierwszych metrów po wyjściu z domu już mogłem biec… i jak tak biegłem, w uszach jakaś czarna nuta…. poczułem jak rozgrzewa mi się cały “dół”.. kostki, achillesy, łydki, kolana… i tak biegłem, zwalniając by się porozciągać robiąc “przysiad z wykrokiem” (taki przysiad gdzie się rzuca nogę do przodu, zgina w kolanie drugą prostując i wracamy do pozycji startowej, bardzo fajna sprawa) i tak sobie rozmyślałem, ile jeszcze pociągnę tak się hmm cisnąc… i nagle telefon do mnie z tekstem “1km in 7 minutes” i pomyślałem, “to już?”…

i mnie oświeciło!

Miałem wyrabiać nawyk, to on potem sprawi, że regularnie będę spalał kalorie itd.. skoro więc udało mi się już wyjść, i zrobiłem nawet kilometr to powinienem się jakoś za ten trud nagrodzić! No i tak też uczyniłem. Nagrodą był.. sprint ;)

Postanowiłem, że dziś nie będę biegł na czas a na wynik i ten drugi kilometr docisnąłem na tyle bym nie piszczał z bólu :)

I tak oto moi drodzy, dziś zadbałem o swoje morale ;) Wiem, że robię to dla siebie. Mój organizm wie, że nie za wszelką cenę i że będę go nagradzał ;)

A dzisiejszy trening wyglądał tak :

Ciekawostka.
Przetestowałem dziś opcję szalika. Nie sprawdziła się.

Back to the future – day 1&2

October 31, 2010 – 10:48 pm dodał: Arvind Juneja


Dzień 1 miał miejsce wczoraj. A zgodnie z planem który rozpisałem na Facebooku w soboty mam zajęcia Parkour United. Efekt był niestety taki, że przy jednym ze skoków (biegłem na jedną z przeszkód i na jej “krawędzi” chciałem się zatrzymać w staniu na rękach i przechylając barkami do przodu po prostu polecieć na nogi “w dół”. Koniec końców, jak już miałem ‘puścić’ … wyskoczył mi bark ze stawu :/ ale jak tak spadałem na głowę to wrócił na miejsce, wyratowałem się i bolaaaało…

anyway, jak wróciłem do domu to dostałem wykład o tym, jak mam nie robić nic co by wymagało ruchów barku więc najbliższy tydzień ograniczę do biegania…

Idąc więc dalej, idę pobiegać ;)

Back to the future – Day 0

October 30, 2010 – 2:07 am dodał: Arvind Juneja


Uwaga, długi wpis o tym co zamierzam robić i co przed chwilą rozpocząłem robiąc 5km przebieżkę ;)

Jeszcze parę miesięcy temu gdy mnie ktoś pytał “trenujesz jeszcze?” odpowiadałem “właśnie wracam do formy”… kilka kolejnych miesięcy uświadamiałem sobie, że dupa, bo tak naprawdę, to nie mam do czego wracać..
nigdy nie miałem formy o jakiej marzyłem, nigdy nie byłem ani zbyt sprawny, ani rozciągnięty, ani “przypakowany” czy wyrzeźbiony. Nigdy. I nie naginam, taki jest fakt. Nawet na najstarszych filmach miałem oponkę czy inną pierdołę która psuje znaczenie słowa “forma”. O umiejętnościach w “skakaniu” to już nie wspomnę, każdy kto ze mna skakał wie jak mi daleko do przeciętnego traceura… nie narzekam jednak bo akurat w kwestii “skilla” wiem, że na swoje możliwości i stan niektórych kończyn osiągnąłem i tak dużo i nie mam sobie nic do zarzucenia..

w kwestii aktualnego stanu, jednak mam na co narzekać i mogę powiedzieć, żem sam sobie winien..zwalać na goldena który zeżarł mi pare lat życia a na pożegnanie przeżuł i wypluł nie będę, po co, skoro to oczywista wina ;) Grunt, że to przeszłość i pora wziąć się za siebie. Postanowiłem więc, że każdy dzień treningowy będę TUTAJ opisywał.

A zamierzam rozpocząć swoją przemianę od wytworzenia nawyków. Jakiś czas temu przetestowałem teorię, która mówi, że powtarzająć jakąś czynność przez 21 dni staje się to naszym nawykiem i jest nam z tym łatwiej żyć. Przetestowałem na “głośności muzyki słuchanej w aucie”. Auto ma 32 stopnie głośności, jeżdżąc słuchałem na poziomie 15-18 (Planeta.FM) ale doszedłem do wniosku, że to mało zdrowe dla mnie i zszedłem na .. 8! I uwaga, na początku “ej, nic nie słychać”, po tygodniu “słyszałem wszystko”. Działa więc. Minęły już 3 miesiące odkąd wprowadziłem tę zmianę i wierzę że poszło mi na dobre.Teraz pora na nowe zmiany, nowe nawyki.

Nowy nawyk nr.1 – CODZIENNE bieganie. I teraz mega ważne! Żebym nie był gołosłowny i nie robił kolejnego “OD JUTRA”, pierwszy bieg zaliczyłem… przed chwilą ;) Ba, nawet chciałem go Wam pokazać ale mnie Nokia za przeproszeniem wydymała i okazało się, że soft którego używałem został “zakończony”… smuteczek, no ale nic, ja wiem i musicie mi uwierzyć na słowo, przebiegłem troszkę ponad 5km. Biegłem blisko 50 minut z tego powodu, że jest zimno i łatwo o kontuzję.

Kiedy będę biegał? Rano czy wieczorem? Wstępnie wieczorami. Docelowo rano.. i wieczorem ;)

Jak chcę poradzić sobie z nadchodzącą zimą? Pierwszy krok i uważam genialny – po dzisiejszej przebieżce jestem zachwycony – zakup porządnej czapki do biegania. Ja kupiłem biegówkę – frotkowa taka – adidasa. Nie żałuję. Duża, ciepłą i lekka.

Na wierzchu mam standardowo, longsleeve biegowy New Balance a na nim bluzę, dowolną byle z kieszenią na sprzęt GPS :) w tej chwili w roli tej występuje telefon. Tu nie zamierzam nic zrobić. Najistotniejsze dla mnie jeśli chodzi o informacje to : czas i tętno. Do tego drugiego mam Garmina Forerunnera 50, najtańszy z najlepszych ;) Tylko baterię muszę zmienić.

Spodnie grube, ciepłe, everlasta. Nic specjalnego, jak zwykły dres. Bezsensu przepłaciłem kupując markowe, ale kupiłem trochę z hmmm sentymentu ;) Dobrze mi się te spodnie kojarzyły ;) Prawie jak szary t-shirt everlasta ;) ale tego cena już mnie przerosła ;)

Do czego zmierzam? Jaki jest cel tego wszystkiego?

Jakiś czas temu pisałem, że do 25 roku życia muszę mieć kratę na brzuchu… od taki cel. Teraz jest jednak grubszy temat… Aktualnie ważę 75kg. Według wagi niby mi spadło do 73 ale załóżmy, że to chwilowe było – juz raz tak miałem. Docelowo chcę ważyć 65-68 kg. Przy moim wzroście (1.66m) waga docelowa pozwoli mi na większe szaleństwa przy skakaniu, teraz czuję się tak jakbym zabijał stawy próbując w ogóle skakać z obciążeniem ;)

A więc zrzucam wagę. Do tego dochodzi też, zwiększanie zręczności, zwinności i ogólnego rozwoju psychofizycznego. Mam dużo barier do pokonania.. będzie co robić ;)

  1. Wstępnie
    1. Bieganie
    2. 6 weidera
    3. Trening siłowy (ze sprzętem i bez)
    4. Rozciąganie
    5. Warsztaty Parkour United
  2. W przyszłości
    1. -5kg = dorzucam Air Alert 2.

Takie są plany. O wszystkim będę informował tutaj i na facebooku na fanpage’u “FitBack” ;) W logo zobaczycie stół pingpongowy który mi wstawili w sobieniach. To taki dla mnie trochę symbol, nigdy tu nie było nic nad czym można byłoby przeskoczyć.. teraz w końcu jest więc…

To jak, jesteście ze mną?

the right moment..

October 26, 2010 – 12:58 am dodał: Arvind Juneja


tak właśnie poczułem, że to odpowiedni moment żeby coś napisać… przez chwilę nawet wiedziałem co… jak się okazuje jednak, prawie wszystko na tym świecie jest mało istotne, na tyle mało istotne, że gdy o tym zaczynam myśleć to mam wrażenie że zanudziłbym Was bajką o tym jak to śniła mi się rzeka, wielka rzeka, pełna mleka

co chcę przez to powiedzieć? to co zawsze, największą wartość w tym świecie nie stanowi wiedza, nie stanowi nawet – przynajmniej nie bezpośrednio – czas. Najważniejsi są ludzie. Jedni są bliżsi, inni mniej bliscy (internet sprawia, że “nikt już nie jest poza zasięgiem”… wiem, uogólnienie, ale załóżmy że tak jest).. wszyscy jednak są ludźmi.

I kiedy przychodzi co do czego, kiedy jest moment na to by się zastanowić gdzie jesteśmy, co się dzieje, co będzie potem.. zostawmy wszystkie checkpointy, odstawmy wszystkie bilanse, deadline’y i inne takie “głupotki”…. rozejrzyjmy się i popatrzmy na ludzi wokół nas..

bo powiem Wam, są takie chwile jak ta, gdy przechodzimy przez ciężki czas, kiedy jedni bliscy nas opuszczają a inni przychodzą i przypominają o swoim istnieniu. Taki czas gdy w zasadzie, wszystko można mieć w dupie.. czas zrozumienia istoty naszego istnienia. Jesteśmy tu dla ludzi. A więc dla innych .. ale i dla siebie. Taka refleksja mnie nachodzi bo kiedy wiem, że mam ludzi obok, takich co mnie znają, lubią – kochają a także takich co mnie tylko obserwują na blipie czy śledzą na twitterze… to nic, ale to nic, mi nie podskoczy. I to jest jedna ważna kwestia. Druga, ważniejsza brzmi…. co daję w zamian?

Czy kiedy przyjdzie czas, że już nic nie będę mógł dać, będę mógł szczerze sobie powiedzieć, że dałem z siebie wszystko co mogłem? Już nawet olać słowo szczerze, siebie i tak nie oszukam… skupmy się na tym, że teraz możemy coś dać, a kiedyś – sorry – nie będziemy mogli. I co więcej, na 99,999999% to kiedyś przyjdzie bez uprzedniego poinformowania więc nie będzie już czasu na nadrabianie strat. I nigdy nie będzie tak, że w tym jednym momencie będziecie mogli powiedzieć “tak, dałem z siebie wszystko” bo tak naprawdę, nawet jeśli tak było to i tak znajdziecie coś, co moglibyście teraz dodać… tak po prostu… żeby chociaż na chwilę przedłużyć czas dawania i takiego sam na sam “w temacie” z tą drugą osobą, obojętnie kim by nie była… ale powiem Wam, warto (ciekawe, ile osób zrozumie co mam przez to na myśli)…

microblogi to takie fajne narzędzie, szybka komunikacja, daję status, ludzie reagują.. można tak się szybko czegoś dowiedzieć, można wprowadzać powoli ludzi do swojego świata, do siebie.. i co dalej? pojawiają się spotkania, relacje poza microblogiem i faktycznie tworzy się jakaś sensowna oparta na czymś więcej niż “wiem co jadłeś na śniadanie” relacja. Problem w tym, że tak jest na początku. Z czasem człowiek się rozleniwia i oddaje się władzy samemu narzędziu. A to, wybaczcie ale taka prawda, ma w dupie Wasze relacje i chce po prostu byście “generowali treść”. Większym problemem jednak jest to, że ten moment ciężko zauważyć i jeszcze ciężej się z niego wyrwać.

Mało które miejsce w sieci ma “misję”. Jeszcze mniej ma ją w temacie utrzymania pełno wartościowych relacji. Czegoś co sprawi że grając co noc z kumplem w jakąś grę dostaniemy obaj info “Panowie, ile można? Przejdźcie się na piwo, pograjcie w piłkę, zróbcie sobie grilla, a potem wróćcie i grajcie dalej”.. musimy się więc bronić sami. Bronić przed tym, że codzienność, w dużej mierze owładnięta “nowymi realiami” odbierze nam to co najwartościowsze… normalną rozmowę, taką na żywo.. normalny kontakt wzrokowy, taki na żywo… ta dygresja o sieci to jako dodatek, w żaden sposób nie związany z tym co mnie spotkało i nadało “kierunek” temu wpisowi… ale dzielę się nią z Wami, bo to tutaj, to blog jest. WIRTUALNY pamiętnik.

ech, samo czytanie o technologii w tym momencie mnie zasmuciło… trzeba nadążać za światem, trzeba jeśli chce się coś w nim zdziałać na skalę, w jakiej ja chcę… trzeba więc się poświęcić.. o ile jednak, zniosę to, że zaniedbuję swoje pasje o tyle to, że zaniedbuję swoich bliskich czy siebie samego jako człowieka jest nie wybaczalne…

i kiedy przyjdzie czas, nie da się tego cofnąć.

ani nadrobić.

i w ogóle, wyloguj się człowieku. odetchnij. odwiedź sąsiadów.. idź do sklepu, na piechotę. zadzwoń do krewnych, kolegów z podstawówki, koleżanek z przedszkola…. zrób to wszystko, póki możesz. rynek nie ucieknie. życie owszem.

mój mały kącik…

October 13, 2010 – 3:49 am dodał: Arvind Juneja


facebook – 657 par oczu..
blip – 397 jak wyżej…
GoldenLine – a nawet nie wiem kto mnie tam czyta..
twitter – 121 followers…

——— blog – > ponoć 40 czytelników. Takich stałych, od lat.

to ja chcę bloga… dajcie znać czy faktycznie czytacie, jesteście tam i pamiętacie o mnie…
chcę się wyrwać, czasem, od tych wielkich sieci kontaktów…

(kontrolowana) Porażka życiowa

June 9, 2010 – 12:42 am dodał: Arvind Juneja


Wiecie, nic mnie tak nie demotywuje jak ciągle ustalanie celów i nie osiąganie ich przez inne cele które też są ważne. Lada moment strzeli mi 24 i zacząłem się zastanawiać jak tam moje cele, osiągnięcia itd. i doszedłem do wniosku że choć zawodowo doszedłem do miejsca w którym chciałbym w tym wieku być to na jednej płaszczyźnie daję ciała tak bardzo jak tylko się da… i żeby było śmieszniej tego też ciała ta płaszczyzna dotyka bo o zdrowiu mowa.

I tak patrzę wstecz, jak było kiedyś, czy coś się zmieniło? Przecież nigdy nie miałem kraty na brzuchu i wyglądałem w miarę podobnie a jednak czuję się coraz gorzej. Wiem, wiem że czuję się gorzej dlatego że jestem świadom tego jak bardzo się zaniedbałem i tym bardziej mnie to “pognębia” bo wiem że przecież mógłbym to zmienić, ba, ciągle próbuję! No to pytanie, skoro ciągle to wiem to czemu brak efektów?

No i tu jest główna myśl tego wpisu. Ciągle ustalałem sobie cel. Że krata, że -8/10kg, że w ogóle kokojumbo… No ale ten cel schodził na bok bo przecież tu praca, tam jakiś sukces bym chciał, tu bym się czegoś douczył, tu czymś podzielił, tu poznał coś nowego. Tyle pozytywnych energii wokół że trudno gdzieś między te “cele i sukcesy” wcisnąć jeszcze jeden .. zwłaszcza, że ten jeden to taki się wydaje hmm prosty i nie konieczny na teraz już… ale czy na pewno? Na dobrą sprawę, wszystko co teraz robię, zawodowo i nieformalnie robię “dla swojej przyszłości”.. głównie.. tu i teraz owszem, liczy się, jednak to w przyszłości chciałby móc tym się cieszyć… a czy będę mógł jak się zapuszczę jak dzika locha w dżungli? Nie specjalnie… po co więc to wszystko jeśli zdrowia ma zabraknąć?

I wiem że to brzmi jak farmazony ale mówię teraz zupełnie poważnie. Uważam że dobrze że do tej pory skupiałem się na tym na czym się skupiałem. Uważam też, że doszedłem do momentu w którym pora to to zmienić. Ale wiem też że nie pierwszy raz o takiej zmianie mówię więc zmieniam do tematu podejście. Ustalam sobie pierwszy raz w życiu pewien punkt. Nie wiem czy ktoś już tego próbował ale kiedy sam o tym zacząłem myśleć to doszedłem do wniosku, że to jest to i na tę chwilę nie widzę minusów tego podejścia do tematu….a więc do rzeczy…

Ustaliłem, że jeśli do 25 roku życia nie będę tak sprawny – albo i sprawniejszy – i zdrowy – albo i zdrowszy – jak w wieku powiedzmy licealnym to będzie to moja pierwsza porażka życiowa. I to taka gorsza niż zwolnienie z pracy, przegrany mecz czy cokolwiek. Gorsza, bo kontrolowana. Świadoma i przewidziana.

Wydaje mi się, że znając się na tyle na ile się znam nie pozwolę sobie na taką porażkę. Więc tu i teraz zaprawdę powiadam Wam. Taką porażkę sobie ustaliłem na 25 urodziny i zamierzam jej nie osiągnąć. To tyle ode mnie ;) dzięki za uwagę.

pasja a kontrola…

October 26, 2009 – 3:42 am dodał: Arvind Juneja


mam takie wewnętrzne cuś co sprawia że jestem bardzo zaciekawiony światem, tym co zawiera i tym jak tą zawartością wpływa na ludzi. Fascynuje mnie słuchanie ludzi którzy opowiadają o swoich pasjach, obojętnie od tego czy to zbieranie znaczków, czy to śpiewanie czy też pływanie żabką – tu wiadomość do wszystkich którzy pływają żabką, pamiętajcie że to jest JEJ styl – czy zbieranie piasku z zakątków świata… dopóki tematem jest coś co kogoś porusza na tyle by się temu poświęcić jestem w stanie słuchać… staram się wtedy wczuć w te słowa i zobaczyć świat oczyma tej osoby i przez pryzmat jej pasji…
sam też kiedy tylko pojawia mi się nowy temat staram się go zgłębić tak bardzo jak to tylko możliwe, staram się chłonąć pasję i szukać ich tam gdzie jest to możliwe… w zasadzie nie znam “czynności” które poza pracą wykonuję w wolnym czasie które robię “od tak”… jak gram w pokera to całym sobą, jak gram na gitarze – a raczej próbuję – to całym sobą, jak piszę – to całym sobą.. pracuję zresztą też, całym sobą… ale tego jest dużo… i dobrze…

smutno mi się jednak robi kiedy ktoś pozwala na to by stracić kontrolę nad swoją pasją… i sprawia że to ona ma kontrolę nad nim. Smutno mi się robi kiedy widzę perkusistę który oddał swoje życie pasji zamiast sprawić żeby pasja oddała się jemu. To on podpisał cyrograf i poszedł na studia muzyczne a teraz wywiesza w sklepach muzycznych białą kartkę “perkusista szuka pracy”… Martwi mnie kiedy widzę ludzi którzy odmawiają sobie pewnych rzeczy, pewnych “drobnostek jakie oferuje ten świat” bo np. subkultura w której są im nie pozwala… tracą oni panowanie nad tym co dotąd miało sprawiać im przyjemność, dać im uczucie wolności, spełnienia… teraz to “branża” sprawia czy mogą się cieszyć z tego co kochali tak jak by tego chcieli…

do czego zmierzam? jeśli jest coś takiego na świecie, co sprawia że podnosi Wam się ciśnienie, co sprawia że chce Wam się rozpoczynać nowy dzień, co sprawia że kiedy ktoś Was pyta na rozmowie kwalifikacyjnej o Wasze zainteresowania to nagle ożywiacie się, dostajecie + 100 do pewności siebie i czujecie się wielcy to zaprawdę powiadam Wam…

cieszcie się tym, korzystajcie z tego… ale nie pozwólcie na to by przejęło to nad Wami kontrolę…
wszystko jest dobre, z umiarem… trzeba mieć dystans do świata.

Nic na tym świecie nie zostało stworzone specjalnie dla nas, dla jednostki. Branie więc tego co jest w 100% do siebie i podążanie tym jest najkrótszą drogą do zagubienia. Żadna teoria, żaden podręcznik, żadne nauki nie były przygotowane specjalnie dla mnie, dla Ciebie czy dla tego i tamtego… były dla nas, dla nich i dla tamtych… Z dystansem, moi mili, z dystansem.

cieszę się że mogę napisać na tym blogu po 4 miesiącach ciszy i wiedzieć że to przeczytacie…
dziękuję :)

23…

July 4, 2009 – 10:18 pm dodał: Arvind Juneja


to był trudny rok… o ile 22 przeminął mi pod znakiem warszawy, pracy w banku etc. o tyle w tym roku życie udowodniło że na wsi czas wcale nie płynie wolniej.. a wręcz przeciwnie, znacznie szybciej… bo do wszystkiego daleko, bo ciężko znaleźć obok ludzi którzy chcą podziałać i wspólnie coś zrobić… bo 3 równoległe światy – miasto, wieś, internet – mają problem w kooperacji kiedy obok pracy jest też życie prywatne…
nie mogę powiedzieć że ten rok nie przyniósł nic dobrego… udało mi się kupić samochód, udało mi się napisać część książki która w pierwszym miesiącu sprzedaży trafiła na 1 miejsce bestsellerów wydawnictwa, udało mi się rozruszać troszkę sobienie.pl, udało mi się znaleźć osobę z którą będę współtworzył mój własny serwis, udało mi się podzielić się wiedzą przed większą widownią na “Aulach”, udało mi się…. ech.. a może “udało się” to złe stwierdzenie… raczej powinienem powiedzieć że “kupiłem” to wszystko czym mogę się teraz pochwalić… tak, kupiłem… problem w tym że walutą nie były złotówki, franki czy jeny… walutą byłem ja sam… moja zdrowie, moja psychika, moje nerwy, ja..

czy było warto? nie wiem, życie pokaże co będzie miało większy wpływ na przyszłość, czy to co kupiłem, czy to ile zapłaciłem…

wiem jednak że skoro nawet muszę się nad tym zastanawiać to znaczy że coś jest nie tak.. w dzień urodzin poczułem efekty/koszty moich działań.. z jednej strony dostałem najwięcej życzeń w historii swojego krótkiego życia.. z drugiej w ciągu tego dnia przeprowadziłem kilka poważnych mało przyjemnych rozmów z bankami, pracodawcami – możliwe że przyszłymi – i samym sobą… z drugiej też strony finiszowałem ten dzień z dusznościami, łzami w oczach i bólami które przypominały mi “czujesz? czujesz? to ja, Twój organizm, dam Ci się teraz we znaki żebyś w tym roku zajął się mną lepiej… a teraz zapamiętaj sobie co będzie jak tego nie zrobisz….” …ała…

wiem jeszcze jedno, są wokół mnie ludzie którym mogę zaufać, na których mogę polegać i którzy są kiedy ich trzeba… teoretycznie nic więcej nie potrzeba… teoretycznie bo jednak jeśli ja nie zadbam o siebie to ani oni ani nikt inny nic nie pomoże i będzie ….. sami wiecie co..

no ale nic, ogromny plus wszystkich tych minusów jest taki że są one tak wyraźne.. dokładnie wiem co spieprzyłem i choć nie koniecznie znam jeszcze rozwiązania dla wszystkich problemów to przynajmniej jestem ich w pełni świadom, widziałem je i mogę się z nimi zmierzyć… a jak wiecie, ja lubię się konfrontować z tym co we mnie i wokół mnie.. więc chyba powinienem się cieszyć :)

a przy okazji dodam że w tym roku planuję wrócić do pianina, uruchomić mój/nasz serwis i być dla tych którzy są dla mnie więcej niż dotąd… tyle ode mnie, happy birthday to me :)

P.S. Jeśli bierzecie dosłownie każde słowo to proszę, po przeczytaniu tego nie komentujcie… komenty pod wpisem o soczewkach mnie dobiły :)

czas…

June 21, 2009 – 8:40 pm dodał: Arvind Juneja


przeważnie mi go brak, co widać po moim blogu :) ale ostatnio miałem okazje rozmawiać na temat szkoleń i czegoś co się nazywa “coaching”…

generalnie coaching nie był dla mnie jakąś nowością i jakoś nie specjalnie mnie dziwiło że pojawiło się pytanie “czemu ludzie nie chcą korzystać z coachingu”? Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta.. ale odpowiem Wam pytaniem, na jakich szkoleniach byliście przez ostatnie 2 lata? Jakie szkolenia rozpatrywaliście kiedy myśleliście o swoim rozwoju?

ja tak patrzę wstecz i przypominam sobie pytanie znajomych co takiego lubię w szkoleniach i odpowiedzią było przeważnie że lubię wiedzę w pigułce.. bo. oszczędzam czas… no ale ok, pójdę na jedno, dwa, trzy szkolenia… i zaoszczędziłem czas bo dostałem szybko to co chciałem… pójdę na 5-10 szkoleń i hmm i co? i nagle mam wiedzę której… no nie mam czasu użyć, powiedzmy wprost.. a co się dzieje kiedy człowiek ma wiedzę, praktykę etc. ale nie potrafi jej efektywnie używać?

ano tu wchodzi coaching, tu wchodzi praca na zasobach… czy więc jest już czas na to żebym poszedł do coacha? czy czuję że mam tyle zasobów że pora żeby mi ktoś je poukładał? I…I don’t think so.. teraz jest czas dla mnie, żebym sam sprawdził co mam, co potrafię i żebym opanował to co we mnie siedzi i co zbierałem przez ostatnie lata.. hmmm… dla kogo jest więc coach? z tego co patrzymy po ofertach to dla “Top managementu” dla egzekjutivów i innych… czyli teoretycznie dla tych którzy już są “ogarnięci” na tyle by być egzekjutiwami… liderów, ludzi sukcesu – przy założeniu że nie stanowisko sprawia że ktoś osiągnął sukces a to czym sobie na nie zapracował i co z nim zrobił – z pewnością praca na zasobach nie ominęła i nie ominie.. ale tak szczerze, ile osób od razu celuje w bycie liderem i patrzy na samą górę? mało… a dlaczego?

nie wiem.. jak dla mnie coaching jako usługa może jest dopracowana, może daje wyniki.. nie wątpię.. jako produkt jednak swój target ogranicza tylko do tych którzy już ich nie potrzebują… (demonizuję? :P)

no ale o czasie miałem… no więc doszedłem do wniosku że mimo iż moja doba ma już 35 godzin to jednak czuję że mogę lepiej, mogę więcej jeśli uda mi się te dodatkowe 10 godzin jakoś ułożyć.. przy czm nie mówię tu o harmonogramie pracy bo ten przy pracy zdalnej i takiej jak moja – społecznośc nie sypia ;] – musiałby być rozłożony na 35 h;]

może pora się przejść na szkolenie z zarządzania czasem? może wystarczy przeczytać książkę? a może po prostu przejrzeć przemyślenia tych którzy przerobili i jedną i drugą drogę? rynek szkoleń w naszym kraju zepsuła Unia, to nie ma wątpliwości, przez to też szkoleń się boję… a może po prostu nozbe?

zobaczymy, w każdym razie doszedłem do wniosku że jetem w etapie w którym jak nie ogarnę aktualnych zasobów to wrzucanie nowych spowoduje overload i system failure… no i tyle… mam nadzieję że coś zrozumieliście z moich wypocin ;) w razie czego mam fajną analogię z komputerami w tle :P